Na przemyślenia nigdy nie jest za późno

01 Marzec
2022

Na przemyślenia nigdy nie jest za późno

Od jakiegoś już czasu przymierzam się, by powrócić do pisania bloga „piszę sobie”, ale cały czas „coś”… A to dużo pracy, a to różne projekty, a to zmęczenie, a to budowa domu, a to COVID, a to jeszcze coś innego. Mnóstwo wymówek i nigdy nie znalazłem dobrego momentu, aby wrócić. A wiadomo – żeby coś ruszyło, trzeba zrobić pierwszy krok.

Co prawda znalazłem kilka chwil, aby spisać z dziennika jeszcze parę dni z wyjazdu na Kubę, czy wrzucić coś na facebooka, lecz to były jakieś pojedyncze przypadki, które nie zmieniły całego nastawienia, a w dzienniku dalej zalega mnóstwo oczekujących wpisów.

Przyczyna tego stanu tkwiła jednak zupełnie gdzie indziej. Pomijając fakt, że od momentu narodzin mojej Córeczki w lutym 2019, całkowicie przestałem podróżować, co nie dostarczało mi żadnego nowego contentu, to jednak „problem” braku weny był znacznie głębszy – priorytety. Otóż narodziny Aurelii stały się też katalizatorem w moim postrzeganiu świata, priorytetów i wartości. To był moment, kiedy m.in. zacząłem się zastanawiać, czy w ogóle chcę pisać, a jeśli tak, to o czym. To był też moment, kiedy ogólnie zacząłem się zastanawiać co chcę robić w życiu, co właściwie daje mi satysfakcję i na czym faktycznie powinienem/chcę się skupić – i zupełnie nie chodzi tutaj o rozwój osobisty, czy karierę, lecz o sam fakt egzystencji. Wiem, że temat zaczyna być „gruby” i bardziej z jakiegoś meta obszaru, ale tak to właśnie u mnie wyglądało (i właściwie cały czas wygląda).

Tak że w obszarze blogowania całkowicie się zablokowałem, to jednak w pisaniu już niezupełnie. Otóż tuż przed narodzinami Aurelii zacząłem pisać dla niej pamiętnik i trwa to do dziś. Takie pisanie nie tylko pomaga mi zapamiętywać poszczególne chwile, to dodatkowo inicjuje różnego typu przemyślanie dotyczące życia – w tym m.in. wspomniane priorytety. Czas spędzony z Córką, obserwacja i pełne skupienie na jej potrzebach oraz rozwoju naprawdę skłania do refleksji.

Takie rozmyślania trwały trzy lata, aż przyszedł drugi impuls. Znacznie potężniejszy, o mocy atomówki. Myślałem, że to narodziny dziecka wywołały już u mnie wszelkie możliwe nowe i nieznane emocje oraz uczucia, które gdzieś tam w środku sobie drzemały i czekały na znak by się objawić. Stany emocjonalne, które spowodowały, że na scenach filmowych, które wcześniej były dla mnie neutralne lub wywoływały uśmiech pod nosem czy zdziwienie, teraz każą mi się zatrzymać, zastanowić, a nawet powodują, że zaszklą mi się oczy, czy też uronię łzę. To jednak się pomyliłem. Blisko 40 lat na świecie i jak widać sam siebie nie znam.

Ten potężny impuls, o którym piszę, to niczym nieuzasadniona i brutalna agresja Rosji wobec Ukrainy. Kładłem się spać w środę w jednym świecie, a obudziłem się w czwartek w zupełnie nowym… Aż cztery dni potrzebowałem, abym w miarę się otrząsnął z tej informacji i (również w miarę) wrócił do normalnego funkcjonowania. Brak skupienia na codziennych czynnościach, różnego typu rozmyślania, analizy, uczucie żalu, smutku czy bezradności to mój stan w ostatnich dniach. Zakładam, że część z Was wie co mam na myśli.

Zapewne kogoś może też zdziwić o czym w ogóle piszę, skoro ten konflikt nie wybuchł u nas, a przecież wojny trwają na świecie cały czas, nieprzerwanie w różnych częściach globu. Czemu akurat teraz „to” poczułem. Otóż z wielu powodów, ale wymienię dwa najważniejsze. Pierwszy – wydarzyło się to u naszych bezpośrednich sąsiadów, tuż za granicą, tuż obok nas. Drugi – wydarzyło się to całkowicie bez żadnego powodu, niespodziewanie, z dnia na dzień i w wyniku decyzji jednej, zapewne obłąkanej, osoby.

To ten drugi powód był kluczowy, bo zainicjował u mnie jedną myśl, która to z kolei wywołała kolejne procesy i pytania. Czy faktycznie jesteśmy bezpieczni? Czy sprawy, na których obecnie się skupiamy są naprawdę ważne? Skoro z dnia na dzień nasz świat może się diametralnie zmienić, czy nawet przestać istnieć, to co tak naprawdę ma znaczenie? Jak ja bym się zachował, co bym zrobił, gdyby to działo się w mojej ojczyźnie?

Tak, ten konflikt zbrojny nie ma miejsca bezpośrednio u nas, ale pokazał, że mógłby być. Podważył jedną z podstaw naszej egzystencji – potrzebę bezpieczeństwa. Czy Ukraińcy spodziewali się, że kładąc się spać 23 lutego, wybudzą ich w nocy syreny, a na głowy będą spadać bomby? Czy zakładali, że to, co budowali i na co pracowali od wielu lat z dnia na dzień straci jakąkolwiek wartość i jedyne o czym będą myśleć, to co zrobić, by zapewnić bezpieczeństwo sobie i swoim rodzinom? Że będą musieli porzucić swój dom, swoją ojczyznę i spakować dobytek do jednego, może dwóch plecaków? Otóż nie. Nie spodziewali się i nie zakładali takich ewentualności. Po prostu żyli spokojnie, tak jak my teraz żyjemy ciesząc się z życia, aż jeden psychopata postanowił je całkowicie wywrócić.

Powyższe świadczy tylko o jednym – nic nie jest pewne, a to co jest nam dane, nie jest na zawsze. Niby oczywiste i logiczne, to jednak o tym zapominamy lub jeszcze gorzej… nie zdajemy sobie sprawy, a przez to też nie doceniamy. Wyjątkiem nie jestem i też tej podstawowej wartości nie doceniałem – skupiałem się za to na jakichś przyziemnych pierdołach, choć na szczęście nie tak, jak np. koczujący przez noc pod sklepami w oczekiwaniu na nowy model iPhona.

Zaczęło się to jednak zmieniać, jak już pisałem, w momencie narodzin Aurelii. Chwila zagrożenia życia podczas porodu, uruchomiła proces przewartościowania mojego życia. Wzbudziło myśl, jak to wszystko może być zmienne i kruche. Jak należy doceniać, co to mamy i się tym cieszyć. Każdy kolejny wpis w dzienniku Aurelii, każdy wspólny moment, nowe doświadczenie, zdjęcie, ale też obserwacja innych dzieci i rodziców powodowały, że przetasowania moich życiowych wartości postępowały coraz dalej i dalej, aż uzyskały finał przy tej tragicznej sytuacji na Ukrainie. Chociaż właściwie nie wiem, czy to finał – jak już się przekonałem, sam siebie nie znam i nie mam pojęcia, co jeszcze może mnie zaskoczyć i jakie wywoła zmiany.

Na chwilę obecną wiem jedno. To nie na podróżach będę skupiony w moim pisaniu. Tak, te wątki na pewno dalej będą się przewijać, ale to nie one wywołują u mnie te prawdziwe mocne emocje. Wywołuje je Aurelia i wszystko, co jest w jakikolwiek sposób z nią powiązane – a widok tych wszystkich dzieci stojących obecnie na granicy rozbraja mnie już całkowicie. Spodziewajcie się zatem różnych tematów, ale z nastawieniem, że będzie pisał je spełniony, z mocnym ładunkiem emocjonalnym, tata…

Tymczasem wpierajmy tych, których możemy i tego wsparcia bardzo teraz potrzebują:

Podoba Ci się jak piszę? Obserwuj mnie na Facebooku oraz na Instagramie. Dzięki!
Dymitr Doktór
Cześć! Witam na moim blogu.
Nazywam się Dymitr i "piszę sobie"... głównie o podróżach, ale też o tym co wydaje się interesujące, motywujące, ale też zaskakujące czy absurdalne.
Po więcej, zapraszam na stronę o mnie.